B jak bunt

Nie lubię określenia „bunt dwulatka”. Staram się go unikać, dla mnie coś takiego nie istnieje.
To co nazywamy buntem, to przecież są emocje, które buzują w naszym dziecku, jego małej główce. To rzeczy, do których ono nie ma jeszcze wszystkich wyrobionych/ wyuczonych narzędzi aby sobie z nimi poradzić.
Nie wszystko dla dziecka jest zrozumiałe, to co dzieje się w danym momencie. Nie rozumie, że na pewne sprawy nie ma wpływu lub wręcz właśnie zaczyna rozumieć coraz więcej niż wcześniej i nie umie sobie tego wszystkiego po swojemu dziecięcemu wytłumaczyć. Nie posiada ono wszystkich predyspozycji, aby sobie z pewnymi emocjami poradzić.
Uczy się, poznaje świat, obserwuje rodziców, dziadków, przyswaja wiedzę od ludzi ze swojego otoczenia. Ma prawo się wkurzać, ma prawo się smucić, ma prawo się cieszyć. To ważne rzeczy, które są w wiedzy powszechnej upraszczane, czasem negowane i nazywane buntem. Dziecko przeżywa dylematy, z jednej strony chce byśmy mu pomagali, z drugiej chce samo działać.
Dąży do poznania nowego świata, ale chce też czuć stare bezpieczne środowisko, podbiec do płotu sąsiada, gdzie wesoło ogonem macha nowy Reksio, ale z ręką mamy czy taty w kieszeni. Rodzice w tym czasie muszą zrozumieć, że zmiany które zachodzą w życiu dziecka, które zmieniają naszego małego Stworka, nie staną się tak o po prostu rach ciach i już. To wymaga czasu, ich tempo jest cechą indywidualną każdego dziecka. Na rozwój społeczny i emocjonalny dziecko potrzebuje czasu. Przystosowanie jest dla dzieci trudnym zadaniem, dlatego rodzice powinni wspierać, a nie pospieszać czy denerwować się na Malucha, który próbując różnych rzeczy powoli uczy się samodzielności. Czasem coś zbroi, a czasem samemu zakładając skarpetkę po raz piętnasty, doprowadzi rodzica do skraju przepaści cierpliwości. Easyyyy, tzn. spokojniutko.
Tracy Hogg w „Języku dwulatka” mówi o tym, żeby znaleźć złoty środek w stylu rodzicielstwa, który może mieć wpływ na motywacje dziecka do samodzielnych poczynań. Styl autorytarny może dziecko wystawiać na zbyt trudne próby, przez co dziecko może nie ufać swoim własnych percepcjom i może być uzależnione od innych, styl nadopiekuńczy, jak sama nazwa wskazuje ;), znowu może przesadnie chronić dziecko przed życiowymi wyzwaniami, przez co dziecko nie będzie wierzyć we własne możliwości, będzie się cofać przed kolejnymi wyzwaniami. A jak wiemy życie to ciągłe wyzwanie…
Złoty środek trudno znaleźć, ale trzeba próbować, by jakoś przetrwać w tym buzującym świecie emocji, doznań, na razie dwulatkowo- trzylatkowych, a potem dwunastolatkowych, piętnastolatkowych, osiemnastolatkowych… eh to się nigdy nie skończy…
Wracając, do tematu. Należy łączyć w wychowywaniu małego „buntownika” hehe, zachętę do rosnącej samodzielności dziecka oraz zaufanie do samego siebie. Pomagajmy dziecku w kontrolowaniu emocji, dajmy mu czas na wyciszenie, uspokojenie się, gdy tego potrzebuje, ale też nie zabraniajmy mu płakać, cieszyć się, przeżywać pierwsze rozczarowania czy smutek. Nie tylko chwile radosne są w naszym życiu, są też chwile z negatywnymi emocjami. Musimy pamiętać, że nie uchronimy dziecka przed nieradosnymi emocjami , ale możemy pomóc mu się na nie przygotować. Nie należy udawać, że my zawsze jesteśmy radośni i szczęśliwi, ale tłumaczyć, że np. mieliśmy trudny dzień w pracy, że szef nas zdenerwował, czy koleżanka powiedziała o nas coś niemiłego. Oczywiście tłumaczyć dziecku na tyle na ile wiemy, że jest w stanie zrozumieć to co do niego mówimy. Musimy pamiętać, że dziecko też w tym okresie dysponuje ograniczoną umiejętnością skupienia uwagi. Jest tyle bodźców ze świata zewnętrznego, które działają na dziecko, że trudno mu się czasem skoncentrować na czymś konkretnym. Gdy coś przekazujemy dziecku, łapiemy jego buzię w ręce i oko w oko- kontakt wzrokowy, tłumaczymy, mówimy, uważnie, powoli, prostymi słowami, pytamy czy rozumie i prosimy by powtórzył. Ja mam taką metodę, czasem działa 😀 hehe, serio, sprawdza się u nas. Ale to wcale nie znaczy, że nie mamy ochoty „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż…”, gdy eM daje czasem popalić. Ma do tego prawo. Ja pewnie czasem też ją wkurzam, a Stary, to już na bank, jak mnie denerwuje to ją też musi.
Jak mówił Jesper Juul, z dziećmi należy nawiązać prawdziwy dialog, oparty na poszanowaniu godności obu stron. Moim zdaniem, to rodzice przechodzą bunt, w czasie gdy ich dzieci mają około dwa lata. Dzieci wtedy zaczynają stopniowo uwalniać się spod zależności rodziców: ” Ja cem sama” A dorośli wtedy stawiają opór, nie mają czasu, spieszą się, uważają, że zrobią to lepiej, szybciej…ach ta ciągła sztafeta… Jak mówi wspomniany Jesper Juul „określenie dziecka słowem ‚nieposłuszny’ jest typowym wybiegiem osób sprawujących władzę, który ma spowodować, by dzieci pozostały uległe”. Oczywiście, że ważne jest zachowanie porządku czyli ustalenie zdrowych granic, by dzieci rozwijały się w sposób harmonijny i prawidłowy, ale o granicach już było na blogu 🙂
Nie traktujmy dzieci jak idiotów, traktujmy ich jak istoty kompetentne, chcące się rozwijać, uczyć, uważnie je postrzegajmy i uczmy się odczytywać ich komunikaty, bo pokazują nam własny sposób odbierania otaczającej rzeczywistości.

podpisano: przeżywająca bunt matka dwulatki 😀

„Dziecko jest istotą rozumną, zna dobrze potrzeby, trudności i przeszkody swego życia. Nie despotyczny zakaz, narzucone rygory i nieufna kontrola, ale taktowne porozumienie, wiara w doświadczenie, współpraca i współżycie”
Janusz Korczak

2 myślą nad “złoty środek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *