Historia jednego porodu

Kategorie Życie codzienne

1 listopada na świat przyszedł mój największy Skarb- moja malutka eM. O 13:30 wyjęli mi z brzuszka małą czarną Kuleczkę. A było to tak…

Do szpitala trafiłam dziewiątego dnia po terminie, wcześniej nie chcieli mnie przyjąć, ponieważ nic się nie działo, siódmego dnia odesłali do domu i kazali przyjść za dwa dni. No to znów w czwartek razem ze Starym, zapakowani z torbą, ruszyliśmy z samego rana na izbę przyjęć. Tam oczywiście kolejka (chyba ludzie o 5 rano przyleźli), dotarliśmy jakoś na 7:30. Pani pielęgniarka po 8 zabrała skierowania i kazała czekać. Potem powoli, bardzo powoli, wołali nas w różnej kolejności do gabinetu. A to jedna pani w ciąży, a to pan na ściągnięcie szwów z oka, a to druga pani w ciąży, a to pani na planowany zabieg, kolejna pani w ciąży… I tak czekaliśmy ze Starym na swoją kolej, czekaliśmy, aż o 14 pani pielęgniarka zawołała nas do gabinetu i powiedziała, że nie ma już miejsc na oddziale, ale zaraz zaczną się wypisy więc, żebym jeszcze poczekała do około dwóch, może trzech godzin, to na pewno znajdzie się dla mnie miejsce. Generalnie zostaliśmy sami na izbie, wszystkich w jakiś sposób załatwiono, a my grzecznie czekaliśmy dalej, martwiąc się o to nasze jeszcze nienarodzone malutkie Stworzenie. O godzinie 15 zawołano mnie do gabinetu, zbadano (sic! boleśnie), następnie wpisano jako pacjentkę na oddział! Ale musiałam jeszcze poczekać, bo im system komputerowy przestał działać i danych nie mogą uzupełnić. No to znowu wróciłam na korytarz, ale już z uśmiechem, bo już zostałam (wyczekaną) pacjentką szpitala. Po niecałej godzinie udało się i już (!) koło 17:00 sikałam do kubeczka na oddziale patologi ciąży. Po prawie 10 godzinach na plastikowych krzesełkach, marzyłam by wreszcie położyć się na łóżku. No to dostałam swoje miejsce, swoje wyczekane łóżko,  w 6 osobowej sali. Ale to wszystko było już nieważne, najważniejsze to to, że jestem już pod opieką w szpitalu w razie jakby coś miałoby się dziać,  jestem już jakby bezpieczna, w każdym razie pod dobrą opieką, chyba. To był czwartek. W piątek zrobili mi usg dopplerowskie, pozwalające na ocenę przepływów w krążeniu maciczno-łożyskowym. Dzięki temu mogli sprawdzić ukrwienie poszczególnych struktur płodu, oraz sprawdzić przepływy krwi,zobaczyć krew w pępowinie, krążenie mózgowe dzidzi, jej tętnice, stan łożyska itp. Otrzymałam informację, że generalnie jest wszystko dobrze, tylko wód płodowych coraz mniej mam. Oczywiście badano mnie kolejny raz, ale na szczęście bardziej delikatnie i kazano czekać. Znów czekać.

Mama mówiła bym nie słuchała opowieści kobiet na oddziale, ale tak się nie da na patologii ciąży. Każda z każdą jest w tej jej ciąży i każda każdą nakręca. Ogólnie byłam rekordzistką po terminie, ale lekarzy absolutnie to nie obeszło, ciągle upierano się, że mam źle podaną datę rozwiązania. Moje obstawanie przy swoim, że wszystko jest skrupulatnie wyliczone, że to dziecko jest długo wyczekiwane, że trochę nad tym całym ambarasem pracowaliśmy, nie miało dla lekarzy żadnego znaczenia. W piątek, po badaniach, otrzymałam informację, że generalnie nic ze mną nie zrobią i nic mi nie dadzą, bo nie ma pani doktor prowadzącej oddział, a ona będzie w poniedziałek.Tak więc bezsensu minęła sobota i niedziela. Ja tylko się coraz bardziej denerwowałam czy wód nie ma zielonych, bo w żaden sposób tego sprawdzić się nie dało (rozwarcie 1 cm- czyli w zasadzie żadne), a o tym ciągle mówiły dziewczyny na oddziale. Po kolei zabierano mi koleżanki z pokoju, gdy tylko ich skurcze wyraźnie rysowały się na ktg. Marzyłam o dostaniu się na salę porodową, ale moje ktg było zdecydowanie równiną. Więc leżałam taka smutna, głaskając brzuch i prosząc by eM wyszła już na świat. W poniedziałek (niemiła) pani doktor oddziałowa założyła mi cewnik Foleya tzw. balonik wypełniony solą fizjologiczną, który miał na celu mechanicznie rozwierać moją szyjkę macicy. Generalnie wyglądało to tragicznie. Coś gumowego wystawało mi z pochwy, a gdy szłam pod prysznic by się wykąpać, to pani położna dała mi gumową rękawiczkę i kawałek plastra (!!!) by woda nie nalała mi się do tego gumowego wężyka… Już przed obiadem zaczęło mnie boleć. Ale nie bolało jakoś strasznie mocno,cieszyłam się bardzo! Bardzo się cieszyłam, że coś zaczyna mnie boleć, nie oznacza to, że jestem jakąś masochistką, po prostu to znak, że to już niedługo! Tak mi się przynajmniej wydawało… Po dwóch godzinach bolało bardzo mocno, a po 4 godzinach gryzłam pięści by nie krzyczeć z bólu. Ktg nadal czyste było, żadnych górek. Nie spałam całą noc. Dwa razy byłam pod prysznicem. Myślałam, że rozsadzi mi kręgosłup. Rano, przy codziennym ważeniu zapytałam położnej czy mogłabym dostać  coś przeciwbólowego, bo strasznie boli mnie kręgosłup, nie mogę się wyprostować, nie mogę spać, leżeć. Otrzymałam odpowiedzieć, że to ma boleć i że nic nie dostanę. Więc grzecznie podkuliłam ogon i czekałam na lekarza. Przy porannym obchodzie lekarz oświadczył, że wyciągnie balonik i generalnie on zaleca gimnastykę. Na moje prośby, że to już 14 dni po terminie nie reagowano. Po wyjęciu balonika okazało się, że jest wielkie G, bo mam 2 cm rozwarcia i nic się w zasadzie generalnie nie zmieniło, a pan doktor z panią doktor zalecają gimnastykę. GIMNASTYKĘ! Miałam łzy w oczach słuchając ich.  Jak mnie fizjoterapeutka zobaczyła to kazała mi siedzieć na piłce i się nie ruszać… Potem cały dzień chodziłam z moim Starym po korytarzu, starając skupić myśli na czymś innym niż na bólu, który zgiął mnie w pół. Ktg nadal czyste.

Nie wiem która była godzina, te chwile pamiętam jak przez mgłę, wiem, że był u mnie mój kochany Stary i moja mama a gdy wyszłam na korytarz, okazało się, że siedzi tam mój brat z narzeczoną, w pierwszej chwili nawet go nie poznałam. Nagle położna kazała mi brać rzeczy, bo idę na górę- na oddział przedporodowy, na sale porodową! Mój brat chyba gdzieś zadzwonił,do jakiejś znajomej, która miała znajomą… nie wiem. Pamiętam tylko, że się rozryczałam i rzuciłam się na szyję położnej, która mnie tam zabierała. Poczułam szczęście i ulgę, że wreszcie ktoś się nade mną i nad moim Skarbem zlitował. Na górze przyjęła mnie bardzo miła położna, zaprowadziła pod prysznic, pozwoliła mojemu Staremu być obok przy mnie, chociaż nie była to sala rodzinna. Gdyby go nie było przy mnie, nie dałabym rady tego wszystkiego wytrzymać. Błagałam o znieczulenie zewnątrzoponowe, po kilku kolejnych godzinach, pomimo że nie do końca miałam wymagane rozwarcie, dostałam to znieczulenie. Dzięki Bogu! Gdy ten ból odchodził było cudownie, odzyskiwałam siły i spokój. Nawet udało mi się w nocy przespać chyba 3 godziny, nie wiem, nie pamiętam dokładnie tej nocy. Miesza mi się ona z bólem, nie wiedziałam tak naprawdę czy jest dzień, noc, co się dokładnie dzieje. Słyszałam tylko czasem moją mamę na korytarzu, która domagała się rozmowy z lekarzem prowadzącym, pamiętam prośby mojego Starego, by zrobili mi już tą cesarkę, bo to tak strasznie długo trwa i że mnie boli. A kurwa bolało. Ale ktg nadal słabiutko. Znieczulenie w kręgosłup dostałam trzy razy. Jak tylko przestawało działać i ten ból nadchodził błagałam, by przyszedł anestezjolog. W końcu dostałam jakoś oksytocynę, ale małą dawkę, więc generalnie dalej nic się nie działo. Ale gdy po godzinie czy dwóch dawkę zwiększono, to nagle w ciągu 45 minut dostałam rozwarcia 10/10! Więc położna mówi mi, że rodzimy. Ja jej, że oczywiście,tylko niech mi mówią co mam robić! Zrobię wszystko by mała eM była już bezpieczna przy mnie. Kazała przeć, to parłam. Chyba nawet jakoś specjalnie nie krzyczałam. Żaden ból nie był już taki jak te bóle krzyżowe, których doświadczyłam. Dzięki Staremu pamiętałam o oddychaniu, chociaż i tak całą noc pod tlenem spędziłam. Ale nie było czasu na myślenie, to był mój moment, dali mi godzinę na urodzenie naturalnie. Bardzo się starałam. Stary mówi, że nie wie skąd miałam tyle siły, w ciągu 48 godzin spałam 3, a reszta czasu to duży ból. Ja myślę, że miłość do dziecka i troska by zapewnić dziecku bezpieczeństwo są ponad wszystko, stąd się wzięła moja siła. Parłabym dalej, i bym ją z siebie wyrzuciła, ale lekarze zabronili. Powiedzieli, że przez te skurcze krzyżowe, które mi się przytrafiły, a nie wychodziły na ktg, mała eM obróciła się na bok i jej główka uderza w moją kość miednicy. Zawołali zespół lekarski, który godzinę wcześniej odwołali (zanim się okazało, że mam rozwarcie, szykowali już cesarkę) i zabrali mnie na salę operacyjną. Tam niestety mój Stary nie mógł już wejść,ale siedział na korytarzu, jak się potem dowiedziałam, razem z moim bratem i moją mamą. Dostałam znieczulenie podpajęczynówkowe, wszystko ładnie tłumaczyła mi pani anestezjolog. Pamiętam jej blond loki wystające spod lekarskiej czapki. Nie widziałam nic, bo jak to bywa podczas operacji, byłam zasłonięta od pasa w dół. Po chwili usłyszałam płacz! Do policzka dostałam mokrą małą czarną kuleczkę. Ona płakała i ja płakałam. Powiedziałam do niej: Moja śliczna mała córeczka, malutka kochana córeczka. Niezapomniane uczucie. Nie do opisania jest ogrom szczęścia taki spływa wtedy na kobietę. Miała otwarte oczy, widziałam ją jak przez mgłę, bo strasznie płakałam ze szczęścia, powiedziałam jeszcze: Ma czarne oczy po tacie, udało się! Całowałam ją w główkę, była przy mojej twarzy. Nie wiem ile ją miałam. Musieli ją niestety zabrać, bo tak to jest u nas w szpitalach po cesarce, powiedziałam, że proszę by dostał ją tata. Pani położna powiedziała, że oczywiście, już niosą ją tacie. Mój mąż był przy ważeniu, mierzeniu, wszystkich pierwszych czynnościach. Trzymał ją w ramionach ponad godzinę (na dowód mam zdjęcia). W ramionach trzymała ją moja mama, a mój brat stwierdził, że mała eM wygląda jak kosmitka.

Mnie musieli pozszywać i zwieźć na salę pooperacyjną. Tam dopiero mąż położył mi ją przy piersi. Była taka malutka. Na samo wspomnienie łzy lecą do oczu. Czas tak szybko mija. Teraz to już roczna pannica. Biega, bałagani, ma swoje fochy, lubi się stroić i wygłupiać. Lubi się całować, przytulać, mówi parę wyrazów, małpuje nasze zachowania, jest małą mądralą. Szybko się uczy. Jest całym moim światem. Ten rok był trudnym, ale też najpiękniejszym doświadczeniem jakie spotkało mnie w życiu. Staram się wykorzystywać każdą chwilę z córką, wyciskać jak najwięcej z każdych momentów razem spędzonych, wszystko rejestrować, bo to mija, ona rośnie, kiedyś mi powie: Mamo, nie rób siary! Wszystko kiedyś minie, z rozrzewnieniem będziemy wspominać pomazane zupą buraczkową ściany czy rozgniecionego banana na narożniku, tak jak ja dziś wspominam swój poród.

Jeszcze raz STO LAT Szogunie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *